Obudziłam się rano z dziwnym przeczuciem, że coś nie pasuje. Czułam to jeszcze przed otwarciem oczu, gdy świat dopiero przebijał się do mojej świadomości, a właściwie to NIE czułam - nie czułam nic zniechęcającego. Otwarłam jedno oko… dalej nic, nawet nie ma zawrotów głowy, do których już zdążyłam się przyzwyczaić przez ostatni tydzień. Otwarłam więc oko drugie, patrzę… jasno… słucham… zero odgłosów. Wtedy już wiedziałam, że nie ma się co oszukiwać, to nie mogła być 7.00. Wstałam (bez bólu głowy!) w celu sprawdzenia zegarka - 09.30. Za pól godziny miałam skończyć ćwiczenia z histologii, pies jeszcze nie był na porannym siku, nie jadł, nie dostał lekarstw, a ja nic się jeszcze nie uczyłam. Jednym słowem od co najmniej 2 godzin powinnam być na nogach.
Potem dowiedziałam się, że na nie było jeszcze 3 innych osób. Też uczyli się do późna i nie wstali na 8.00. M. mówi, że przed rano trzepała mną i krzyczała, żebym wstała, ale ja nic z tego nie pamiętam. Poszłam spać po 2.00 i to nie jest nawet tak późno, gdyby nie to, że od 5 dni śpię po 5 godzin na dobę. Powód? Kolokwium z tkanek! Dzisiaj o 18.00! I dlatego właśnie kończę pisać i zasiadam do mojego kompendium. Bleee… ile można?
Krótka notka, bo czeka na mnie anatomia, póki mam jeszcze resztki przytomnego umysłu.
Pierwszy raz odkąd zaczęły się studia znalazłam czas na zakupy. Świąteczna Galeria Krk., spis prezentów w kieszeni i daaaawaj po sklepach. Kupiłam wszystko dla wszystkich, a nawet pewien gratis dla siebie. Zmęczona zajrzałam jeszcze do nowo otwartego StarrBucksa (czy jak to się pisze). Krótka rozmowa: „co pani poleca?... w porządku, poproszę”. Zasiadłam przy Włochach z czekoladowymi ciastkami i piję… Ja nie mogę, jaka ta kawa była pyszna! W życiu nie piłam lepszej. Czytałam sobie fragmenty biografii Cejrowskiego, którą kupiłam tacie, słuchałam włoskiego z sąsiedniego stolika i nie mogłam się nacieszyć tym wszystkim co mnie otaczało, a do tego zbliżają się świętami i jadę do domu. Gdy wracałam w światłach latarni widać było padający śnieg. I mimo, że buty przemakają, ulice zamarzają, a tramwaje wykolejają się, naprawdę LUBIĘ zimę.
Jest biało! Jest cudownie biało, cicho i spokojnie. Winter Wonderland nad Wisłą :). Siedzę w kuchni z czekoladową kawą w świątecznym kubku, gra John Mayer. Chyba powinnam się coś pouczyć... Poszłam na medycynę z założeniem, że nie będę szaleć z nauką, nie będę próbować być najlepsza. I skrupulatnie wypełniam swoje postanowienia ;). A co dziwniejsze, na razie radzę sobie całkiem nieźle.
Skiper wczoraj pierwszy raz w życiu zobaczył śnieg. Nie wywarł na nim zbyt wielkiego wrażenia, za to okazało się, że fantastycznie można się ślizgać! Zaraz po spuszczeniu ze smyczy Skiperek, który nigdy się nie oddalał, bierze rozbieg, wywala gdzieś na orbitę by w pełnym biegu skręcić i suuuunąć po białym puchu z komicznie powykręcanymi łapami. Najfajniejsze są spacery o 1 w nocy po opustoszałych ulicach.
Kawa dopita, piosenka skończona, idę na wykład z anatomii, bo dzisiaj OUN.
Już jestem :). Nie było mnie trochę czasu, to fakt, ale… ale głownie dlatego, że przez ostatnie 1,5 miesiąca żyłam bez dostępu do Internetu. Jak to przeżyłam - nie wiem.
No więc co? Medycyna! Nauki od groma, to fakt. Nie ma czasu na obijanie się. Ale cóż… jest cudownie. Po raz pierwszy mam poczucie sensu. Widzę przed sobą cel do którego chcę dążyć. Grupa jest fajna, imprezowa, broń Boże nad ambitna ;). Dotychczas mam zaliczone wszystkie kolokwia (a było ich już trochę) w pierwszym terminie ;].
Mam nowe mieszkanie. Duże, ogromne, całkiem tanie, ładne, w przecudnej okolicy. Mieszkam nad samiusieńką Wisłą. Na uczelnię mam 3 przystanki niezawodnym tramwajem. Razem ze Skiperem odkrywamy dzikie zakątki Krakowa: łąki, stawy, nieuczęszczane ścieżki, a nawet kamieniołom i to wszystko w obrębie centrum miasta! W dodatku za oknem co jakiś czas przejeżdża pociąg. Lubię siedząc na parapecie myśleć o ludziach siedzących w przedziałach z kubkiem kawy i wymiętą gazetą na kolanach. Tak, jest strasznie fajnie.
Na dzisiaj to koniec update’u. Wrócę wkrótce. Musze wyspać się przed jutrzejszymi szpilkami z czaszki. Kto wymyślił by w ciągu 5 minut kazać studentom rozpoznać i podpisać w dwu językach 10 struktur z ludzkiego ciała?
This is more than just romance It's an endless summer!
Udało się już po raz drugi! Byliśmy nad morzem! Rowy-Town przeżyjmy to jeszcze raz :). Ten sam domek, ta sama ekipa, ten sam termin i jeszcze lepsza zabawa. Na plaży, w promieniach wrześniowego słońca, ostatecznie zagrzebałam swoją deprechę. Było wspaniale! Minęło półtora roku odkąd przestaliśmy tworzyć jedną klasę. Teraz jest nawet lepiej, tworzymy rodzinę.
Nad morzem obowiązywał Czas Rowski: wstawaliśmy ok. 12.00, o 13.00 śniadanko, do 18.00 na plaży, obiad ok. 20.00, koło 01:00 dojadanie resztek z obiadu i po 05:00 do spania. Dokładnie tak jak w zeszłym roku, 8 dni słońca. D. przywiózł z Libanu fajkę wodną (która zaskakująco dobrze paliła się z węglem drzewnym), O. co wieczór rozpalał dla nas w salonie kominek, A. z pomocą N. i E. gotowały przepyszne posiłki, następnie J. robił kuchnie na błysk, M. nadzorował wieczną imprezę, a K. dbał o to by nikt nie tracił humoru. Dziękuję za to, że jesteście!
Morze było kurewsko zimne, lecz większości to nie przeszkadzało, w końcu nie to było najważniejsze ;). Chłopakom trochę przygrzało słońce i zapragnęli być czarni. Przez bite 8 dni chodzili w kapturach i ciemnych okularach rapując razem z Eminemem. Uznali, że skoro on rodząc się jako biały, mógł stać się czarny, to im tez się uda :). Problem polegał na tym, że mieliśmy tylko 6 jego piosenek. Ehm… leciały na okrągło :). Znam je już na pamięć. Teraz u siebie o dziwo dalej ich słucham (ku zgrozie mojej mamy i zaskoczeniu brata). Dzięki temu czuję się jakbyśmy dalej byli razem. Te 8 dni były jak naprawdę dobry romans. Jeden z takich które wywołują mimowolny uśmiech gdy się o nich pomyśli.
Teraz pora na powrót do rzeczywistości. Przestawiamy zegarki o 5 godzin w tył, wieczorami nikt nie tańczy, mama przycisza muzykę, zasypiamy we własnych łóżkach i znowu jesteśmy rozsądni, odpowiedzialni i nawet trochę dorośli.
Niedzielne popołudnie, słońce chyli się ku zachodowi, jesteśmy na imieninach u babci. Wychodzę na zewnątrz odwiedzić palących i ku mojemu zaskoczeniu czuje na twarzy jesień. Ten wieczorny chłód, świeży ale mroźny, gdy niebo jest bezchmurne. Nie ma co, kończy się lato, kończą wakacje, a ja za 3 dni… jadę nad morze :D. W dodatku nasze Bałtyckie. Niewątpliwie będzie hardcorowo.
Skoro mowa o pogodzie, to wzięłam dzisiaj psa na dłuższy spacer. Taki, który przyspiesza bieg myśli. Na powietrzu rozmyślanie jest produktywniejsze ;). I tak rozmyślając w rytmie marszu złapałam się na myśli, że „przyjemna pogoda jesienna” i jeszcze „Lubię jesień.” (Prostą składnie mają te moje myśli, nie?) Zdziwiły mnie słowa „przyjemna” i „lubię” użyte tak blisko siebie. Analizując się głębiej dokonałam odkrycia, że właśnie mija mi depresja, w przedsionku której znajdowałam się od kilku tygodni. Odetchnęłam z ulgą, bo zaczynałam się już o siebie martwić. Nigdy wcześniej nie zaliczyłam tak długiego i mocnego emocjonalnego zjazdu. Rany, co za okropne wakacje... I oto jest lepiej! Nie z tego ni z owego mogę śmiało powiedzieć, że CIESZYŁ mnie dzisiejszy spacer oraz że pobyt u dziadków był PRZYJEMNY. Do babci uśmiechnęłam się całą sobą, nie jak dotychczas, samymi ustami. To było wspaniałe!
A teraz chyba obejrzę sobie kolejny odcinek Przyjaciół podczas gdy mój żołądek będzie ciężko pracował nad imieninową obiado-kolacjo wyżerką. Potraktowałam go okrutnie.
Gdyby nie ciemnośc, nigdy nie zobaczylibyśmy gwiazd
Dziś jest jeden z fajniejszych dni tego lata. Gdyby ktoś zapytał mnie co w lecie lubię najbardziej, bez wahania odpowiedziałabym, że deszcze. Wprost kocham długie, szare, deszczowe dni w środku lata. I nie ma tu cienia ironii. Upały na dłuższą metę są wycieńczające. Taki deszcz, to fantastyczny przerywnik podczas upalnego lata.
Dzisiaj od rana szaleją burze. 7 godzin grzmotów i piorunów, pusty dom, książka, trzecia kawa (w nocy imprezowaliśmy), psy na kanapie - jest wspaniale.
Wygląda na to, że jednak się rozpogodzi i plany na wieczór wypalą. Wybieramy się na koncert… Feela. Zastanawiam się jak nisko mogę jeszcze upaść ;). Oczywiście ani ja, ani nikt z kręgu moich znajomych nie jest jego fanem (szanujmy się, co? :D). No ale jak już facet wziął swoją „sławną” dupę w troki i przyjechał do naszej mieściny, to czemu by go nie obejrzeć?
Mam coraz więcej obaw w związku ze zbliżającym się początkiem roku akademickiego. Siedzę sama w pustym domu i walczę z myślami atakującymi mnie pomiędzy mrożoną kawą numer n a n+1. A to, że nie dogadam się z nowymi współlokatorkami, że nie znajdę czasu dla znajomych i tym samym stracę tą ich niewielką liczbę, która pozostała, itd. , itp. Mam za to pewne pozytywne przeczucia, jak np. że będę mieć fajna grupę i poznam dużo ciekawych osób. I kurczowo trzymam się tej nadziei zaklinając się na wszystko, żeby tak właśnie było.
Wreszcie udało mi się oderwać od moich ulubionych seriali, które CC bezczelnie emituje codziennie(!) do poludnia. Nasmarowałam się przyspieszaczem do opalania (tak jakby to miało cos pomagać) i wywaliłam się na słońcu. Niestety okazało się, że sąsiad właśnie podcina drzewa, wiec nie było tak beztrosko jak się spodziewałam. Po kilku minutach schowałam się na balkonie, gdzie niema tyle przestrzeni, ale przynajmniej nikt nie obserwuje. Otworzyłam książkę i zaczęłam czytać. A książka miała tytuł … Zmierzch ]:-> Nie jest ze mną dobrze…
Odwiedził nas wujek ze swoim nowo nabytym, czystej krwi, golden retrieverem. Biszkoptowe szczeniątko ma 3 miesiące i nosi dumne imie Dumbledore. Z moim Skiperem są best friends! Oto dowód ;) :
Jestem na medycynie w Krakowie. Dostałam się z pierwszej listy i muszę przyznać, że mam z tego pewną satysfakcję. Znajomi pytają czy się cieszę, odpowiadam, że nie wiem. Po prostu czułam, że musze tam iść, dostałam się i teraz jestem spokojna. Chyba tak miało być.
Mam już mieszkanie i współlokatorki. Mieszkam nad Wisłą, 10 min od uczelni!
O. jeździ gdzieś po świcie i nie ma dla mnie czasu. Jeszcze nie zaczął się rok akademicki, a my już się oddalamy. Ale O. nie można w żadnym razie naciskać, ani pokazywać, że komuś na niej zależy, inaczej od razu ucieka. Ciężki przypadek ;).
Pracy nie znalazłam. Możliwe, że to dlatego, że nie szukałam. Leżę brzuchem do góry… stop! Wcale nie!! Nie wiem jak to się dzieję, ale każdy dzień dostarcza nowych wrażeń. Nie wysypiam się, dużo spotykam z ludźmi. Brakuje mi tylko alkoholu. Skąd ja wzięłam takie ułożone towarzystwo?
Jutro rodzice jadą na road trip do Norwegii. Bardzo fajny pomysl na wakacje. Zazdroszczę im. Ja zostaję opiekować się psami i nowo rozkręconym interesem, czyli wynajmem naszego starego domu. Popyt jest niesamowity.
Skończyło się. 10 miesięcy wspólnego mieszkania minęło, zanim się zorientowałam. Dzisiaj po O. przyjechała mama. Pojechałam za Wisłę obejrzeć mieszkanie i kiedy wróciłam Oli już nie było. W mieszkaniu zostały już tylko moje rzeczy, stos pudeł, do których za chwilę będę je upychać i ziejące pustką wolne miejsca na pólkach.
Jak zawsze to bywa, były chwilę trudne, ale były i piękne. Wiele śmiesznych sytuacji, rozmów niemal do świtu, dużo wypitego wina, nerwów, łez, uśmiechów, przyjaźni… To wszystko stało się w tych ścianach. Chcąc nie chcąc polubiłam to mieszkanie. Przede wszystkim zżyłam się z współlokatorkami. Mieszkanie to nie miejsce, to ludzie, którzy w nim żyją. Kiedy myślę o przyszłym roku i wiem, że nie będzie w nim O. nie mogę tego zrozumieć. Ona też mówi, że będzie się musiała nauczyć od nowa mieszkać beze mnie. Nie wiedziałam, że możliwe jest dopasowanie się w aż takim stopniu. Najlepsze koleżanki i najlepsze współlokatorki. Podobne problemy, te same myśli i to już koniec. O. w Żywcu mieszka niedaleko mnie, ale mimo to, czuję się jak przy powrocie z kolonii, kiedy nie wiadomo czy poznanych ludzi spotka się jeszcze kiedyś… A jeśli już się spotkamy to czy będzie tak jak teraz? Jak kiedyś?